Nerdy


Mój mąż jest nerdem.
Nie wspominałam, że jestem mężatką? No cóż, jestem od trzech lat. Z górkami, dołkami, jakoś to leci. Ale o tym kiedy indziej.
Otóż, mój mąż jest nerdem i generalnie dobrze zarabia. Dlatego ja mogę sobie pozwolić na wieczne studiowanie, zdobywanie wiedzy, tytułów i wkurwianie się regularnie na absurdy uczelnianej biurokracji. Ale, żeby nie było, że jestem pasożytem, to jego dobre zarobki trochę wchodzą mi na ambicję. Jadę na zleceniach branży fashion, gdzie większość rzeczy robi się “do portfolio”.
Żyję nocami, co zaczyna mnie nieco wkurzać. Tak jak choćby teraz. Piszę ten tekst chwilę przed 5 rano, nie zmrużyłam oka, bo spałam pół dnia odsypiając jeszcze poprzednią noc. A za chwilę dobrze byłoby wstać.
Oczami wyobraźni widzę siebie jak te panie z reklam płatków fitness czy innego musli. Wyskakujące z wyra niczym młoda sarenka, jedzące pełnowartościowe, pożywne śniadanie, mające czas na poranną jogę, by potem w nieskazitelnym makijażu i nienagannej fryzurze pląsać po biurze w korpo w idealnie dopasowanej garsonce. I jeszcze mieć power, żeby wieczorem iść na wino ze znajomymi.
Nie. Ja za chwilę wstanę po przespanym dniu, ale nieprzespanej nocy, będę próbowała ogarnąć życie i burdel dookoła, po czym wbiję się w jakiś niewyprasowany ciuch, świeżo zdjęty z suszarki, spakuje torbę i udam się w podróż na uczelnię, tylko po to, żeby umierając z niewyspania utwierdzić się w przekonaniu, że wykładowcy mają mnie za debila.
No ale wracając do mężowego nerdostwa. Małż zasadniczo zarabia na życie stukając energicznie w klawiaturę i chodząc na SPOTY. Nie wiem, czym są spoty, wiem jedynie, że nigdy nie odbiera ode mnie telefonów i nigdy nie odpisuje na smsy w najbardziej newralgicznych sytuacjach.
W pewnym momencie swojego życia zapragnęłam nauczyć się fuchy męża. Idzie mi opornie, ale idzie. Gdyby nie to, że jakaś praca magisterska na zupełnie inny temat, kolokwia i takie tam, to pewnie po pół roku ślęczenia przy monitorze coś bym ogarniała. A tak to jeszcze nie do końca ogarniam.
Chociaż patrząc prawdzie w oczy – gdybym chciała, mogłabym. Więcej, mocniej. Intensywniej. Skuteczniej. Ale nie. Mój mąż jest nerdem. Fanem Pokemonów. I mnie tym zaraził.
Tak więc ja, 26cio letnia kobieta, marnuję swój cenny czas na ogarnianie tego, czy niezmordowany Pikachu pokona wszystko, co stanie mu na drodze.
Jest mi żal samej siebie.

Błędne koło

Jak już zebrałam się w sobie, żeby unieść dupsko z fotela i wziąć się za konstruktywną fizyczną pracę w postaci machania szmatą, dostałam wiadomość od P.

- Impreza u X. dopiero po świetach. - Napisała. - Zdążę się wylaszczyć.
- No, ja chyba dzisiaj się wybiorę ja jakieś ćwiczenia, w końcu zabuliłam za karnet, szkoda byłoby nie wykorzystać.
- Idź, idź, mnie jest zawsze dobrze po ćwiczeniach.
- Endorfinki powysiłkowe jako sposób na frustrację seksualną? - Zażartowałam.
- A znasz lepsze?
- Masturbacja?
- A daj spokój. - Odpisała. - U mnie to takie błędne koło. Masturbacja powoduje jeszcze większą ochotę na seks, więc i frustracja rośnie. Po co mam wiecznie wkurwiona chodzić? :P

Proste prawdy życiowe


Zabrzęczały i zapikały wszystkie moje urządzenia połączone z Facebookiem. Zarzuciłam beznamiętne machanie łyżką w celu przygotowania niskokalorycznego posiłku warzywnego i otworzyłam klapę laptopa.
Przywitał mnie radosny potok słów od P.:

- Chuj. Ja jebię, no. Kurwa mać.
- No hej, też cię kocham. Co tam? - odpisałam.
- Normalnie, kurwa, krótki wiersz o frustracji. Jak nie urok to sraczka. Dostałam list i izby, że mam mieć te kursy doszkalające z prawa medycznego i innych pierdół w połowie lipca i w połowie sierpnia. No po prostu jakiś debil to wymyślał. Zajebisty pomysł jakiegoś patafiana, akurat gdy chciałam jechać na urlop.
- Sorry bejbe, ale wydaje mi się, że za dorosłego życia nie za bardzo masz mozliwość udania się na urlop wtedy, kiedy akurat tobie to pasuje. Studia się skończyły.

Wylew żółci trwał. Następny w kolejności był monolog o nowopoznanym facecie.

- Kurwa no. Dlaczego to ja mam zdobywać faceta? Jestem atrakcyjną, niegłupią dziewczyną z dobrym wykształceniem, gwarancją zatrudnienia, lubiącą seks, mającą poczucie humoru, umiejącą gotować, sprzatać, kurwa, prać i prasować. Chcę mieć dzieci. I zamierzam sama zarabiać na swoje zachcianki. Od faceta wymagam, żeby był przedsiębiorczy, inteligentny, miał poczucie humoru i żeby mnie, kurwa, kochał. Nie pierdoła, nie mamisynek, nie ostatni-złamany-chuj. Czy to naprawdę tak dużo?
- ...
- Po prostu poziom mojej frustracji sięga zenitu. Brakuje mi poczucia, że będzie, kurwa, dobrze. Że nie będzie tak, że wszystkie beznadziejne panienki będą żonami swoich misiów i mamami swoich ukochanych dzieci, a ja nawet kurwa kota nie będę miała.
- Chcesz przykrą, prosta życiową prawdę, która większość życia bolała i mnie?
- No?
- Obie nie mamy długich blond włosów, nóg do szyi i rozmiaru 36, a na domiar złego, jesteśmy inteligentniejsze i zaradniejsze od wiekszości facetów, których spotykamy na swojej drodze, co sprawia, że oni się nas po prostu boją.
- Nie wszystko sprowadza się do długości nóg. Wiem, że takim jest łatwiej, ale no kurwa...
- Naprawdę, dużo sie do tego sprowadza. Wytłumacz mi zatem, po chuj zapisałam się na fitness, a ty pokonujesz dziennie ileśtam kolometrów biegiem, regularnie chwaląc mi się, ile schudłaś? Tak, tak, wiem, żeby czuć się dobrze w swojej skórze. Ale czy na pewno?

Lura



- Tu można płacić kartą?
- To stołówka studencka, nie wymagaj zbyt wiele.
- Kurwa no, bo ja całe życie z plastikiem tylko.
- Nie dramatyzuj, pożyczę ci dychę, więcej nie mam.

Kontemplując zawartość lodówki z napojami, A. wybierała coś do picia. Jak zwykle nie mogła się zdecydować. Ale czemu ja się dziwię, ona zawsze miała problem z podejmowaniem jakichkolwiek decyzji.
Siorbnęłam kawę z plastikowego przezroczystego kubka. Kawa. Obok kawy to może i kiedyś stało, choć nawet co do tego mam wątpliwości. Czarna lura z ekspresu przelewowego z dodatkiem zabielacza w proszku. Pamiętacie taki słoik z granatową nakrętką i etykietą i białym napisem? Mnie kojarzy się z okresem wczesnego dzieciństwa, kiedy to takowy stał w szufladzie nauczycielskiego biurka mojej mamy i zawsze zastanawiałam się, do czego służy ten biały proszek bez smaku. Po raz kolejny postanowiłam, że wyposażę się w termos i będę przychodzić z własną kawą.
Po dłuższej chwili A. wróciła z butelką soku pomarańczowego.

- Chcesz? - zapytała.
- Nie, dzięki, irytują mnie te kawałki miaższu.

Wiem, że jak są “kawałki pomarańczy” to wydaje się, że jest lepiej, bardziej naturalnie. Ale szerze - w dupie mam to, że jest naturalnie. Ma mi smakować, a ja nie lubię, gdy w napoju coś pływa.

- To co tam? - spytałam.
- Chujowo.
- Acha. Czyli bez zmian.

Generalnie nasze spotkania od jakiegoś czasu zaczynały się bardzo podobnie. U niej chujowo, u mnie w zasadzie też, po czym zapadało dłuższe milczenie, bo każda z nas zastanawiała sie od którego miejsca tej chujowości zacząć.

- No dobra, to mów co tam w pracy. - spróbowałam zagaić bez lepszego pomysłu.
- Nooo... Nic się nie dzieje, stara. Jest tak samo beznadziejnie, jak było. Nie robię nic nowego, stoję w miejscu, nie chcą mnie zatrudnić, cały czas staż za psie pieniądze.
- Ale masz świadomość, ze jakbyś poszła pracować do księgarni, to wyciągnęłabyś tyle samo, a może nie musiałabys wstawać o 5 rano?
- Wiem, ale co mi to da w życiorysie...

W sumie, kim byłam ja, zeby dawać jakiekolwiek rady odnośnie życia i pracy. 25 lat na karku, 2 kierunki studiów w toku, dorywcze zlecenia, brak stałego dochodu, zero perspektyw na przyszłość... Ona przynajmniej miała magistra inżyniera i gówniany, bo gówniany, ale jednak staż i stałe źródło comiesięcznych wpływów na konto.
Pociągęłam kolejny łyk napoju kawopodobnego.

- Ale rozglądasz się za czymś nowym?
- Tak. - westchnęła smutno. - Ale póki co nigdzie mnie nie chcą, bo nie mam doświadczenia. A trudno jest zdobywać doświadczenie, gdy nigdzie nie chcą cię zatrudnić. I tak się to koło zamyka. Byłam ostatnio na rozmowie, ale zbłaźniłam się kompletnie. No co tu dużo mówić – zrobilam z siebie debila. Więc nie mam raczej co liczyć na to, że oddzwonią z radosną informacją “Witamy w zespole”.

Jak się później okazało, oddzwonili i przywitali ją w zespole.
A ja próbuję zahaczyć się na stanowisku, o którym nie mam bladego pojęcia. Taki lajf...
-