- Tu można płacić kartą?
- To stołówka studencka, nie wymagaj
zbyt wiele.
- Kurwa no, bo ja całe życie z
plastikiem tylko.
- Nie dramatyzuj, pożyczę ci dychę,
więcej nie mam.
Kontemplując zawartość lodówki z
napojami, A. wybierała coś do picia. Jak zwykle nie mogła się
zdecydować. Ale czemu ja się dziwię, ona zawsze miała problem z
podejmowaniem jakichkolwiek decyzji.
Siorbnęłam kawę z plastikowego
przezroczystego kubka. Kawa. Obok kawy to może i kiedyś stało,
choć nawet co do tego mam wątpliwości. Czarna lura z ekspresu
przelewowego z dodatkiem zabielacza w proszku. Pamiętacie taki słoik
z granatową nakrętką i etykietą i białym napisem? Mnie kojarzy
się z okresem wczesnego dzieciństwa, kiedy to takowy stał w
szufladzie nauczycielskiego biurka mojej mamy i zawsze zastanawiałam
się, do czego służy ten biały proszek bez smaku. Po raz kolejny
postanowiłam, że wyposażę się w termos i będę przychodzić z
własną kawą.
Po dłuższej chwili A. wróciła z
butelką soku pomarańczowego.
- Chcesz? - zapytała.
- Nie, dzięki, irytują mnie te kawałki
miaższu.
Wiem, że jak są “kawałki
pomarańczy” to wydaje się, że jest lepiej, bardziej naturalnie.
Ale szerze - w dupie mam to, że jest naturalnie. Ma mi smakować, a
ja nie lubię, gdy w napoju coś pływa.
- To co tam? - spytałam.
- Chujowo.
- Acha. Czyli bez zmian.
Generalnie nasze spotkania od jakiegoś
czasu zaczynały się bardzo podobnie. U niej chujowo, u mnie w
zasadzie też, po czym zapadało dłuższe milczenie, bo każda z nas
zastanawiała sie od którego miejsca tej chujowości zacząć.
- No dobra, to mów co tam w pracy. -
spróbowałam zagaić bez lepszego pomysłu.
- Nooo... Nic się nie dzieje, stara.
Jest tak samo beznadziejnie, jak było. Nie robię nic nowego, stoję
w miejscu, nie chcą mnie zatrudnić, cały czas staż za psie
pieniądze.
- Ale masz świadomość, ze jakbyś
poszła pracować do księgarni, to wyciągnęłabyś tyle samo, a
może nie musiałabys wstawać o 5 rano?
- Wiem, ale co mi to da w życiorysie...
W sumie, kim byłam ja, zeby dawać
jakiekolwiek rady odnośnie życia i pracy. 25 lat na karku, 2
kierunki studiów w toku, dorywcze zlecenia, brak stałego dochodu,
zero perspektyw na przyszłość... Ona przynajmniej miała magistra
inżyniera i gówniany, bo gówniany, ale jednak staż i stałe
źródło comiesięcznych wpływów na konto.
Pociągęłam kolejny łyk napoju
kawopodobnego.
- Ale rozglądasz się za czymś nowym?
- Tak. - westchnęła smutno. - Ale póki
co nigdzie mnie nie chcą, bo nie mam doświadczenia. A trudno jest
zdobywać doświadczenie, gdy nigdzie nie chcą cię zatrudnić. I
tak się to koło zamyka. Byłam ostatnio na rozmowie, ale zbłaźniłam
się kompletnie. No co tu dużo mówić – zrobilam z siebie debila.
Więc nie mam raczej co liczyć na to, że oddzwonią z radosną
informacją “Witamy w zespole”.
Jak się później okazało, oddzwonili
i przywitali ją w zespole.
A ja próbuję zahaczyć się na
stanowisku, o którym nie mam bladego pojęcia. Taki lajf...
-

0 komentarze:
Prześlij komentarz